
Dziś uświadomiłem sobie jak wielkim spelunkiem jest miasto, w którym na co dzień bywam. Gdybym mógł, to najprawdopodobniej bym z niego wypierdolił.
Przede wszystkim wkurwiają mnie ludzie, a najbardziej wysypujący się wieczorem przed mieszkania ludzie, których przymiotów raczej nie trzeba przytaczać – zamszeni koczownicy wewnątrzcienni kamienic, wyłaniający się jedynie wtedy, gdy na horyzoncie nie ma słońca. Albo – o krystu! – nawet wcześniej. Jedynym celem ich bezsłonecznej egzystencji jest uprzykrzanie ludziom życia. Ludziom takim jak ja.
Już z kilometra rzucają się w oczy, odziani we workowate ubrania, które miałyby wzorek JP powtarzający się na całej odległości materiału, gdyby tak można było. Wyglądałoby to raczej idiotycznie, ale to nic – nawet bez tego wszyscy mają wygląd idioty. Swoje oblicza przesłaniają kapturami, ażeby jeszcze mniej słońca i witaminy D docierało do ich skóry. To raczej zły pomysł, biorąc pod uwagę fakt, że połowa z nich jest łysa – te kilka centymetrów kwadratowych na górze czaszki na pewno zwiększyłyby ilość witaminy syntetyzowanej przez organizm. Albo lepiej nie, niech nabawią się krzywicy – pochowają się wtedy w domach i wszyscy będziemy mieć spokój.
Z daleka słychać ich rozprawy egzystencjalne poprzedzone wypiciem kilku łyczków piwa, kilku puszeczek piwa, kilku kieliszków, kieliszeczków wódki – inteligentne i jednocześnie inspirujące. Papierosów nie palą, przecież to truje. Krążą przy tym dookoła w euforii spowodowanej otrzymaną dozą weny, używając inwektywy „kurwa” wciąż i wciąż, najprawdopodobniej ze szczęścia. Dyskusjom tym towarzyszą charchy puszczane na chodnik i zajmowanie całej jego szerokości. Ot tak, żeby móc przepuszczać ludzi obok przechodzących. Tych, którzy o to poproszą. Należy mieć przecież trochę kultury.
Dalej witają cię wzrokiem – co ważne, wzrokiem kilkunastu, bo nigdy pojedynczo nie występują. Przerywają swoje ważne życiowe wywody, by móc dokładnie zbadać twoją personę i pociągnąć za tobą wzrokiem, gdy przechodzisz obok. A może to po prostu Ty ciągniesz ich spojrzenia za sobą – tak, to na pewno Twoja wina. W końcu jesteś tak ciekawym osobnikiem, że należy wyskoczyć z dryfującej filozoficznej łodzi na przywołujący do rzeczywistości parzący piasek i zwrócić uwagę na pachnącą egzotyką istotę obok przechodzącą.
Krystu, jak mnie to wkurwia. Nie mam pojęcia, jaka logika stoi za takim zachowaniem. Zastanawiam się, czy ja coś kiedykolwiek zrobiłem tym ludziom. Czy to ktoś im coś zrobił i ja za to płacę. Człowiek nie może normalnie przejść miastem, bo ta rasa kręci się wszędzie - i nie wiadomo, czy któryś z tych delikwentów nie doskoczy ci nagle z nożem do gardła, bo może jesteś z policji, bo może węszysz, bo może źle się spojrzałeś, albo po prostu – się spojrzałeś. Odnoszę wrażenie, że religia ta akceptuje jedynie swoich własnych wyznawców, a cała reszta nie jest godna zaufania i całą tą resztę należy ukrzyżować. Dlaczego moje miasto nie może być ucywilizowane, tylko jest suburbem, slumsem na peryferiach wartości zwanej „kulturą”?
Więcej światła, powiedziałby Goethe.
Również tego słonecznego.